Wspomnienia z krainy serów

Normandia przywitała nas deszczem. Mogliśmy wybrać Lazurowe Wybrzeże, Egipt – jakże popularny kierunek! Ale nie! Naszym celem był właśnie ten północny skrawek Francji – kraina serów!

Klify zachwycają (no, bo jakby miały mnie nie zachwycić, jak zachwyciły wszystkich impresjonistów?). To do Normandii Paryżanie przyjeżdżają nad morze, aby wypocząć. A mi osobiście te malutkie nadmorskie miasteczka przypadły chyba bardziej do gustu niż stolica.

Każde z nich było cudne – w jednym wszystkie placyki i ronda obsadzone były warzywami, w innym na gigantycznym molo chyba powoła mieszkańców łowiła ryby. Gdzieś kupiliśmy ser, gdzieś indziej rozłożyliśmy się na trawie i jedliśmy makaroniki. Czasem zatrzymaliśmy się żeby coś wypić bądź przekąsić w małej kafejce.
Najlepsze chyba śniadanie było w porcie w Dieppe: właściwie to tylko ser i bagietki ale patrząc na kołyszące się łodzie, kościół na skale, który górował w oddali nad okolicą i kamienne domy, było to chyba najlepsze śniadanie z możliwych!
Okrągły to camembert, a w kształcie serca… coeur de Bray :)

 Tutaj i ser kozi, biały i cammembert – ale znacznie bardziej dojrzały w smaku :)

Le Blue (mój ulubiony!) i ser Tome – mam nadzieję, że dobrze go rozszyfrowałam w seropedii :)
Ech! Nie mamy wszystkich dowodów naszej serokonsumpcji na zdjęciach – ostatni egzemplarz jeszcze czeka w lodówce na wspomnieniowe zjadanie… Wino czeka też!

Jedzonkowo

Tarta na sierpień. Pomidory i ser Brie.

Kończą się wakacje. Te ostatnie dni spędzam bardzo intensywnie z moim już dużym synkiem. Korzystamy z atrakcji miasta – wystaw, koncertów, kawiarnianych ogródków i wolnego czasu. Niedługo dla mego synka rozpoczyna się nowy rozdział życia, nowy etap. Nowi koledzy, nowi nauczyciele, inne wymagania. Dużo wyzwań. 
Na razie delektujemy się wspólnym czasem u schyłku sierpnia. Koniec miesiąca mamy w stylu francuskim, bo i nowa szkoła będzie bardzo francuska. Ser Brie jest bardzo francuski, a więc idealny na ten czas. Zapraszam na dzisiejszą tartę.

Lubię tę tartę. Małe pomidorki zawsze mają bardzo intensywny smak. Lekkie podpieczenie, dodatkowo wzmacnia ich aromat. Z serem Brie tworzą świetną kompozycję. 

Tarta pomidorowa z serem Brie.
Tomato and Brie tart.

kruche ciasto 
250 g mąki
150 g masła
1/2 łyżeczki soli
1 jajko lekko ubite widelcem
1 łyżka mleka

nadzienie
300 g małych pomidorków 
2 łyżki oliwy z oliwek
kilka gałązek świeżego tymianku
3 łyżki pokrojonych w paseczki suszonych pomidorów
sól morska
100 ml śmietanki kremówki
100 ml mleka pełnotłustego
2 średnie jajka i 1 żółtko
4 łyżki posiekanego szczypiorku
200 g sera Brie pokrojonego w 0,5 cm plastry


Ciasto: wszystkie składniki połączyć przy pomocy miksera lub rąk do uzyskania gładkiego i spójnego ciasta. Uformować kulę, lekko ją spłaszczyć. Owinięte folią spożywczą ciasto wstawić do lodówki na 1 godzinę. W lodówce można je przechowywać do 5 dni, a w zamrażalniku do 3 miesięcy. Formę do tart wysmarowć masłem lyb wyłożyć papierem do pieczenia. Ciasto rozwałować i przełożyć do formy. Ciasto nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać na wierzchu  fasolkę lub ceramiczne kuleczki do pieczenia. Formę wstawić do piekarnika nagrzanego do 190 stopni C i piec przez 20 minut. Zmniejszyć temperaturę do 180 stopni, usunąć z ciasta papier z fasolkami (kulkami) i podpiec je jeszcze przez 8 minut. Ciasto ma się lekko zezłocić.

Nadzienie: zwiększyć temperaturę piekarnika do 200 stopni C. W formie do pieczenia ułożyć przecięte na pół pomidorki (nacięciem do góry), skropić je oliwą, posypać listkami tymianku i solą morską. Piec przez 15 minut. Ubić razem śmietankę, mleko, jajka, suszone pomidory i szczypiorek. Na wierzchu podpieczonego ciasta ułożyć podpieczone pomidorki, zalać je masą jajeczną, ułożyć na wierzchu ser. Piec 25-30 minut.

Kruche ciasto wg przepisu Michela Roux, przepis na tartę z magazynu Delicious (08/2011).

Pistachio

Papryka marynowana

Składniki

Sposób przygotowania

Related posts:

  1. Ogórki konserwowe po amerykańsku Ogórki obrać, pokroić na słupki. Przygotować zalewę nr 1: zagotować…
  2. Cebulki marynowane Cebulki obrać, opłukać, wrzucić do wrzącej wody. Gotować przez 2-3…
  3. Czereśnie marynowane Czereśnie umyć, osuszyć, ogonki owoców przyciąć do połowy. Ułożyć czereśnie…

Eyeliner.pl – Przepisy kulinarne

Fantastyczna (prawie) szopska

Upał taki, że nawet jeść się nie chce. Ale podobno trzeba. W takie dni funduję sobie „minimum wysiłku, maksimum smaku” na zielono. Niedawno przyrządziłam sałatkę (prawie) szopską. Kto nie zna, niech spróbuje. Chrupiące, pachnące, zimne! „samo zdrowie”. 
Składniki: na porcję na 3 osób

Przygotowanie:

Co się da, poza czosnkiem, pokroić niezbyt drobno. Dodać zmiażdżony czosnek,  doprawić pieprzem, ewentualnie bazylią, wymieszać. Podawać schłodzone. Obowiązkowa sałatka lata! 

Mysza.Czyli co w kuchni piszczy.

GULASZ Z SOCZEWICY DLA NIEMOWLĄT

Zaniedbałam ostatnio ‘kulinarny dział’ Natalki. Co prawda był chleb, który jadła, ale to się nie liczy, większość pochłonęli rodzice ;)  

Szukałam inspiracji na obiad dla małej i znalazłam w książce ‘Pierwszy rok życia dziecka’. Tak więc wczoraj na obiad w roli głównej wystąpiła soczewica w postaci gulaszu. Autorzy polecają to danie dla maluchów od 6 do 12 miesiąca.


Choć soczewica jest ‘kuzynką’ popularnej fasoli to rzadziej bywa używana w kuchni. W przeciwieństwie do fasoli szybciej się ją przygotowuje, bo nie trzeba jej namaczać. Poza tym zawiera więcej kwasu foliowego niż jakikolwiek inny nieprzetworzony produkt żywnościowy. Jest także istotnym źródłem żelaza, dlatego warto ją łączyć z produktami zawierającymi duże ilości witaminy C (pomidory, zielona papryka, brokuły, owoce cytrusowe), by lepiej je przyswoić.

Składniki:
(na około 4 porcje)

  • 90 g suszonej soczewicy (u mnie czewona)
  • 1 duży ziemniak (około 230g) obrany i pokrojony w kostkę
  • 1 pomidor daktylowy sparzony, obrany ze skórki i przekrojony na pół
  • 3 małe marchewki (około 100 g) obrane i pokrojone w plasterki
  • łyżka oliwy lub masła
Soczewicę, ziemniaka i marchew włożyć do rondelka i zalać wodą tak, by przykryć warzywa.
Zagotować na dużym ogniu, następnie zmniejszyć ogień i dusić tak długo, aż cała woda zostanie wchłonięta przez warzywa, czyli około 30 minut. W połowie gotowania dodać pomidorka. 
Następnie rozdrobnić gulasz blenderem lub rozgnieść widelcem. Ja część warzyw drobno pokroiłam, a resztę zmiksowałam.
Do tej potrawy można dodać jeszcze gotowane mięso i/lub żółtko.

Skusił mnie ładny zapach i spróbowałam trochę od Natalki. Mimo, że nie przyprawione, było naprawdę smaczne. Następnym razem robię soczewicę dla większych;)

P.S.
Pozostałe porcje można przechowywać w zamkniętym pojemniku do 2 dni w lodówce lub do 2 miesięcy w zamrażarce.

mieszAnka smaków

Impreza na diecie – pasty do warzyw

Wśród moich znajomych na stałe zagościł termin „suche przekąski” które jeden z przyjaciół przynosi na spotkania w ilościach hurtowych. Niestety… nie samymi przekąskami człowiek żyje, a ten, co jest na diecie powinien ich unikać jak ognia!
Zaproponowałam więc pokrojone w paseczki warzywa maczane w różnych dipach, czy może raczej pastach – bo miały dość solidną konsystęcję. Idealne do chrupania, kolorowe i zdrowe – świetnie sprawdziły się podczas spotkania.

Warzywa:

Warzywa kroimy w słupki i układamy na talerzyku, bądź stawiamy na sztorc w misce (kolorowy jeż ładnie wygląda :)
Pasta nr 1 – paprykowa
Jest to miks papryki konserwowej i naturalnego serka, takiego do smarowania kanapek. Do tego sól i szczypta chili – wszystko traktujemy blenderem na gładką masę.
Pasta nr 2 – łososiowa
Łosoś został upieczony w piekarniku w folii – pieczony w całości, od środka natarty czosnkiem i przyprawami. Oczywiście, do pasty trafiły tylko niewielkie kawałki! Jest to dobry sposób na spożytkowanie także innych rodzajów ryby. Do tego serek i szczypiorek, troszkę pieprzu – wszystko wymieszać widelcem – i gotowe!
Pasta nr 3 – suszone pomidory i bazylia
Do tej pasty potrzebujemy ser typu feta, suszone pomidory w oleju i garść listków świeżej bazylii. Pomidory odsączamy z oleju, razem z bazylią siekamy na drobniutkie kawałeczki i łączymy z fetą. W wersji lżejszej można dodać odrobinkę jogurtu, jeżeli ser jest za suchy. W wersji drugiej odrobinkę oleju z pomidorów – jest bardzo aromatyczny!
Na pewno takich past można zrobić tysiąc w wielu smakach i kolorach – jako bazy zamiast majonezu używam nietłustego sera lub jogurtu. Smacznego!

Jedzonkowo

Kompot

Odkryłam na nowo kompoty.
A może nie tyle ja, co reszta mojej rodziny, bo dla mnie z napojów istnieją niemal wyłącznie woda mineralna, kawa i herbata. Soków praktycznie nie tykam, nie wspominając nawet o kompotach.
Ale skoro dzieci i mąż rzucili się łapczywie na zawartość dzbanka, a przygotowanie napoju jest naprawdę mało męczące, więc serwuję ostatnio pyszne kompoty. Skład owocowy się zmienia w zależności od aktualnego zaopatrzenia, ale ogólnie stosuję proporcje: jeden spory owoc na jedną szklankę wody.
Jeśli chodzi o wszelkie dodatki, to jak zwykle potraktujcie je jako sugestię: nie każę przecież komuś dodawać cynamonu, jeśli nie lubi. Pozwolę sobie tylko zalecić nieprzesadzanie z ilością dodatków zapachowych – to ma być kompot owocowy, a nie goździkowy czy waniliowy. Na pierniki przyjdzie jeszcze czas :)
Anka
Składniki:
Sposób przygotowania:
Owoce obieram ze skórki, wycinam gniazda nasienne i wyrzucam pestki, kroję w plastry.
Zagotowuję wodę z cukrem i przyprawami. Dodaję owoce i trzymam na wolnym ogniu kilka minut, aż owoce zmiękną. Odstawiam do wystudzenia.
Przed podaniem warto wyłowić cynamon i goździki.

Dwie Chochelki

Warsztaty kulinarne // SUSHI

Zapraszamy wszystkich miłośników sushi do SPOT. na warsztaty kulinarne. Bartłomiej Wrzesiński – sushi master – pokaże jak zrobić podstawowe rodzaje sushi: maki oraz nigiri.
SPOT.kanie to będzie doskonałą okazją zarówno do zdobycia doświadczenia kulinarnego jak również wiedzy o historii powstawania sushi. Każdy uczestnik będzie mógł spróbować dań samodzielnie zrobionych oraz skosztować prawdziwego, japońskiego wina.

warsztaty kulinarne w SPOT // sushi

TERMIN WARSZTATÓW
27 lipca (środa) godz. 17.30 – 19.30

Zapisy pod adresem: warsztaty@spot.poznan.pl
Cena: 135 zł. Liczba miejsc ograniczona.

spotmag

Lemon Curd

Zrobiłam, pachniało pięknie, cytrynowo. Czas sprawdzić co tak naprawdę zrobiłam i czy warte było stanie i ciągłe mieszanie w garnuszku.

Mała łyżeczka, pierwsze zbliżenie i czas zacząć badanie produktu. Zapach cały czas ten sam, wzrokowo wygląda pięknie – cytrynowo, smak – i tu moje rozczarowanie … dlaczego kupiłam trzy cytryny a nie sześć? Jak dla mnie, każda łyżeczka jest na wagę złota.

Lemon Curd przypomina coś pomiędzy budyniem a kisielem, słodko-kwaskowata masa świetnie pasuje do przełożenia tortów i do dekoracji deserów.

Lemon Curd

Przepisów na cytrynowe cudo znalazłam kilka, musiałam więc wybrać ten jeden i zabrać się do pracy. Teraz już mój Lemin Curd znalazłam u Kasi.

Składniki:
- 3 świeże cytryny
- 200 g cukru
- 2 jajka (dałam od szczęśliwych kurek)
- 2 żółtka
- łyżka mąki ziemniaczanej
- łyżka masła
listonic_type=’other’;listonic_icon =’http://najsmaczniejsze.pl/wp-content/uploads/2010/08/logo-najsmaczniejsze.pl-na-listonik.jpgaddToShoppingList8′;listonic_theme=’addToShoppingList8′;listonic_name=’Lemon Curd – najsmaczniejsze.pl’;
listonic_content=’- 3 świeże cytryny
- 200 g cukru
- 2 jajka (dałam od szczęśliwych kurek)
- 2 żółtka
- łyżka mąki ziemniaczanej
- łyżka masła’;
document.write(„

„);

Przygotowanie:
Cytryny sparzyć, zetrzeć skórkę i wycisnąć sok. Wszystkie składniki poza masłem umieścić w garnuszku, zagotować. Gotować przez około 2 minuty cały czas mieszając. Jeśli pojawią się grudki zmiksować blenderem. Dodać masło, gotować kolejne 2 minuty.

Lemon Curd

Najsmaczniejsze.pl

Pozadniedbywanie

Moi drodzy czytelnicy,

wielu z was zapewne zastanawiało sie czemu tak dawno, a bedzie to już ponad miesiac, nic nie pisalam.

Przyznam wam się szczerze że chciałam skoczyć z pisaniem tego bloga- chciałam zakończyć „po angielsku” – czyli przestać pisać mając nadzieje ze nikt nie zauważy.

Jednak od kilkunastu dni zostalam wielokrotnie zapytana co się stało i kiedy znowu bloga będę pisać.

Zanim opowiem wam o tym co mnie w końcu przekonało do powrócenia do pisania najpierw chce wytłumaczyć wam, co wcale nie łatwe z jakiego powodu pisać zaprzestałam.

Blog ten powstał przypadkiem, pierwotnie po to aby podzielić się moim przepisem na pierniczki świąteczne z koleżanką która wyjątkowo spędzała Boże Narodzenie w Portugalii. Pisanie o gotowaniu spodobało mi się. Fascynowało mnie coraz większe zainteresowanie osób mi znanych i nieznanych, mną i moja pasja.
Gotowanie zawsze było częścią mojego życia, co nie jest niczym wyjątkowym, wydaje mi się wbrew pozorom że gotowanie a przynajmniej jedzenie jest centralnym aspektem życia każdego z was kto to czyta. Jednak dzięki temu blogowi sama zaczęłam stawiać sobie kulinarne wyzwania.

Nie które z moich dan stały się inspiracja dla innych. Wiele się nauczyłam. Bez wahania mogę powiedzieć, że przez te półtora roku moje umiejętności kulinarne się przynajmniej podwoiły.
Tym niemniej ostatnio nadszedł taki moment ze pisanie tego bloga, jako takie, stało się dla mnie obciążeniem. Przestało mi sprawiać przyjemność ponieważ jakoby z hobby stało się niemalże obowiązkiem, który sama sobie przydzieliłam. To co wiele osób we mnie podziwiało („Jak ty to robisz ze siedzisz cały dzień w szpitalu a potem masz jeszcze czas gotować kolacje i o tym pisać!?) – w końcu pękło. To wszystko kwestia planowania, a ja zaczęłam tak planować czas żeby na bloga go brakowało. Pierwszy tydzień czułam się winna, a po drugim już wyzwolona.
Ciekawa jestem czy inni którzy piszą blogi miewali taki sam kryzys jak ja?

Nie brakuje mi czasu na gotowanie, tego czasu mi jestem przekonana, nigdy nie zabraknie, bo gotowanie jest dla mnie relaxem. Tak jak jedni lubią po pracy pójść na basen, dla innych zbawienny jest masaż po ciezkim dniu. Tak dla mnie nie ma nic przyjemniejszego niz rozmyślanie w drodze do domu co dziś ugotuje, bawienie sie w kombinowanie składników w głowie, a następnie krojenie, mieszanie i zapiekanie.

Czasu na gotowanie mi nie brakuje, czasu na pisanie a i owszem.

Dwa tygodnie temu, koleżanka z pracy, która nie mówi słowa po polsku a jednak „ogląda” mojego bloga regularnie, przyszła do mnie na kolacje z prezentem. Prezentem był talerz z nadrukiem ramki do zdjęć. Przesłaniem tego prezentu, jej zamiarem, było to abym znowu zaczęła fotografować swoje gotowanie i powróciła do prowadzenia bloga. Wzruszyło mnie to, jakoś.

Kolejny weekend, kolejny znajomy na u nas na kolacji:

„Nicola, czemu ty przestalas pisać bloga? Ja tu sie wszystkim chwale ze mam taką koleżankę która świetnie gotuje i prowadzi o tym bloga, a ty przestajesz, nie wyglupiaj sie”
Nie ukrywam ze to prawie mnie przekonało do pisania.
Ale tylko prawie.

Co zatem przechyliło szale i skłoniło mnie do tego ze siedzę teraz przed monitorem i piszę?

Przekonała mnie dyskusja przy wczorajszym obiedzie rodzinnym.
Przyleciałam na weekend do Warszawy, od jakiegos czasu jest to niemalże tradycją ze mama wtedy robi wielki niedzielny obiad z okazji „mojej córki z zagranicy”.

Gdy zostałam przez pól rodziny skarcona za nie pisanie bloga- zrozumiałam wtedy, że ten blog zaczął pełnić dodatkową funkcję, w pewnym sensie łączy o mnie z nimi, z rodziną i znajomymi. Wiedzac co gotuje, wiedzą co się u mnie dzieje.

Jak widzicie z wielu powodow zrozumiałam, że nie chce was juz zaniedbywać. A jezeli kiedys zdecyduje sie na niepisanie, obiecuje że was o tym oficjalnie poinformuje.

Dzisiaj zaprezentuje wam moją:

bobową sałatkę z młodym groszkiem, miętą i zapiekanym serem halloumi

która czeka na publikacje już przynajmniej dwa tygodnie, a sezon bobowy już w swoim szczycie.

400g bobu
200g mrożonego lub świeżego drobnego zielonego groszku
10-15 listków świeżej mięty
1-2 szalotki lub mała cebula
garść siekanego koperku
1 łyżka oliwy z oliwek
1 łyżka masła
sok z połowy cytryny
sól i pieprz do smaku

Ser halloumi pokrojony w plastry ok. 5mm – świeżo podsmażony na teflonowej patelni z obu stron. ( Ser halloumi to specjalny grecki ser do grillowania, na pewno go znajdziecie w jakimś większym markecie)

Bób gotujemy i łuskamy (chociaż jeżeli jest bardzo młody,jak ten na moich zdjęciach to ja wolę go jeść ze skórką). Groszek gotujemy lub jeżeli mrożony ( a groszek mrożony jest często nawet lepszy niż świeży według Jamie’go O.) to zalewamy go tylko wrzątkiem i po kilku minutach odcedzamy. Na maśle i oliwie podsmażamy szalotkę drobno posiekaną, bób i groszek, poprawiamy solą, pieprzem i sokiem z cytryny. Na koniec posypujemy ziołami. Podajemy z serem i chlebem.

Od teraz stawiam sobie wyzwanie, jeden wpis na tydzień lub przynajmniej cztery wpisy w miesiącu. Co wy na to?

Opowiadania z kuchni i życia Nicoli